O motywacji, determinacji i takich tam…

Dziś – ktoś kto mnie dobrze zna (i ze wzajemnością) zapytał, jak robię to, że w niektórych aspektach mojego życia jestem tak bardzo zdyscyplinowany (chodziło dokładniej o surowe przestrzeganie sposobu żywienia i ćwiczeń).

No więc pełen dobrych chęci, zacząłem tłumaczyć jak robię to co robię, ale im dalej brnąłem, tym bardziej abstrakcyjne te tłumaczenia wychodziły.

Ostatecznie, ona mi grzecznie podziękowała, ale obie strony nie osiągnęły szczytów satysfakcji.

Aby zaspokoić ją – i siebie – w pełni, myślałem nad strukturą tego co robię i wyprodukowałem takiego oto maila:

Mam wrażenie, że jednak dziś za bardzo Ci nie pomogłem.
Zastanawiałem się w sumie jak mi to wychodzi – kiedy
wychodzi – i doszedłem do wniosku, że:

Po pierwsze: łatwiej mi się o tym pisze niż mówi.

Po drugie: chodzi o to, żeby traktować siebie poważnie.

Czyli?

Czyli o to, że jeśli podejmujesz jakąś decyzje,
to traktujesz podjęcie tej decyzji (a więc i siebie) serio.

Nie ma wymówek. Nie ma opierdalania się.

Najzwyczajniej na świecie czas przestać się wtedy
oszukiwać. Bo jeśli „chcesz” ale nie robisz, to znaczy
że nie chcesz – i marnujesz czas swój oraz innych.

W dodatku oszukujesz siebie, więc coraz trudniej
potem darzyć się szacunkiem. Bo dlaczego miałabyś
się szanować, skoro Twoje własne postanowienia nic
nie znaczą?

Tak więc, niezależnie od tego czy jest jakieś większe
DLACZEGO, czy go nie ma, sprawa jest w sumie dość
prosta: jeśli się na coś decydujesz, to robisz to pomimo
tego, że Ci się nie chce.

Sukces osiąga się POMIMO wiatru w twarz – a nie dzięki
temu, że ciągle wieje w plecy.

Wczoraj znalazłem taki cytat, który mnie mocno uderzył:

„Because in my non-expert opinion, you don’t hate yourself because
you have low self-esteem, or because other people were mean to you.

You hate yourself because you don’t do anything.

Not even you can just „love you for you”

Tłumacząc:  „Bo moim nie-eksperckim zdaniem, nienawidzisz
siebie nie z powodu poczucia niskiej wartości albo dlatego, że
inni źle Cię traktują.

Nienawidzisz siebie ponieważ niczego nie robisz.

Nawet ty sama nie możesz „kochać siebie tylko dla siebie samej”

Więc co masz zacząć robić? Zacząć produkować wyniki. To jest
– wg mnie – droga do spełnienia i szczęścia. Zacząć produkować
rezultaty.

Jak mawia Frank Kern:

„Żadenego opierdalana się”
„Żadnego bycia cipą”

A więc żadnych wymówek. Traktuj siebie poważnie. Traktuj
siebie i to co masz robić jak zawodowiec – zadanie do wykonania.

Rafał

W skrócie – nie da się być trochę w ciąży. Jeśli coś ma się urodzić – musisz zapłacić pełną cenę.

Determinacja sprowadza się do odpowiedzi na dwa pytania:

1) Ile jesteś gotowy znieść i poświęcić?
2) Jak bardzo będziesz zdruzgotany, jeśli nie wyjdzie?

Jeśli na oba pytania nie znasz odpowiedzi, albo odpowiedzią jest wzruszenie ramionami – zasługujesz na wszystko co Cię spotka – i uwierz mi – gówno osiągniesz.

I na koniec jeszcze jeden cytat:

„Działanie nie zawsze przynosi szczęście, ale nie ma szczęścia bez działania.” Benjamin Disraeli

Zostaw komentarz

5 Comments O motywacji, determinacji i takich tam…

  1. zdeterminowana 10 stycznia 2013 at 08:17

    i niech ten mail będzie początkiem Nowego, Lepszego- źródłem motywacji i postanowień. Już nie dziękuję, bo wiem, że nie o wdzięczność tu chodzi.

    Obawy – wiem, że wrócą, te przed niepowodzeniem. Na daną chwilę stawiam im opór.

    Reply
    1. Rafał Mazur 10 stycznia 2013 at 08:54

      kiedyś myślałem, że ludzie najbardziej boją się porażki i niepowodzenia.

      teraz uważam, że najbardziej boimy się sukcesu. tego, że prawie nie
      ma limitów dla naszych możliwości – i tego, co to oznacza oraz ceny,
      którą przyjdzie za to zapłacić.

      Reply
  2. zdeterminowana 10 stycznia 2013 at 10:01

    dlaczego boimy się sukcesu? bardziej ceny, jaką przyjdzie nam zapłacić za jego realizacje, czy tego, jakie skutki może przynieść sukces sam w sobie, gdy już uda się go osiągnąć?

    Reply
    1. Rafał Mazur 10 stycznia 2013 at 11:29

      „Naszym najgłębszym lękiem nie jest to, że jesteśmy niewystarczający.
      Naszym najgłębszym lękiem jest to, że jesteśmy potężni ponad miarę.

      To nasze światło, a nie ciemność, przeraża nas najbardziej.

      Dopytujemy siebie, „Kim jestem aby być genialnym, cudownym,
      utalentowanym, wspaniałym?”

      A tak naprawdę – kim jesteś by nie być?

      Jesteś dzieckiem Boga. A ujmowanie sobie nie czyni świata lepszym.
      Nie ma niczego oświeconego w umniejszaniu sobie tylko po to,
      by inni nie czuli się zagrożeni.

      Wszyscy powstaliśmy by błyszczeć, tak jak błyszczą dzieci.
      Urodziliśmy się by manifestować chwałę Pana, który żyje w nas.
      A żyje w każdym z nas, nie tylko u niektórych.

      I gdy pozwalamy świecić naszemu światłu, podświadomie dajemy
      pozwolenie innym, by czynili to samo.

      Gdy wyzwalamy się z własnego strachu, naszą obecność
      automatycznie wyzwala innych.”

      Marianne Williamson (tłumaczenie własne)

      Kluczowe, dla mnie, jest to, że kiedy idziesz w obranym kierunku,
      skutecznie, ludzie którzy Cię otaczają (niektórzy) zaczynają czuć się
      niekomfortowo.

      Pokazujesz im gdzie są a gdzie być można. Większość nie będzie
      Ci za to wdzięczna.

      I będą łapać Cię za nogi i ściągać w dół. Będzie zawiść, złość,
      będzie zazdrość i ocenianie. „Po co Ci to?” „Po co kombinujesz?”
      „Źle Ci tu i teraz? Z nami?”

      To sygnał, że idziesz we właściwą stronę. Że się rozwijasz
      i zmieniasz. A ich wcześniejsze metody manipulowania Tobą
      przestają działać. I to ich wkurza.

      Dodatkowo, jeśli zaczynasz coś robić, wystawiasz się na ocenę.
      Jesteś odsłonięta. Podatna na atak – bo masz zajęte ręce.

      Ale warto :)

      Rafał

      Reply
  3. zdeterminowana 10 stycznia 2013 at 12:41

    …no to do dzieła. Dzięki :)

    Reply

Leave A Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.