Syrenką Whitney przez morza i oceany

Za każdym razem kiedy w typowo rockowy – a więc banalny sposób: prochy, wóda albo dragi  – zabija się ktoś piękny, znany i bogaty myślę sobie dwie rzeczy. Po pierwsze – szkoda. Po drugie – zaraz zacznie się poszukiwanie winnych. I za każdym razem przynajmniej ta druga część okazuje się prawdziwa.

Jesteśmy tak głęboko zanurzeni w morzach i oceanach syndromu ofiary, że wydaje się to być naszym pierwotnym programowaniem. Na Marketingu na sterydach zamieściłem serię postów o manipulacji i naszych tak zwanych ‚ukrytych nałogach’. Jednym z nich jest to, że ludzie potrzebują kozłów ofiarnych.

„Nie ma szybszego sposobu na przywrócenie równowagi  oraz poczucia bezpieczeństwa niż dowiedzenie się, że to nie my jesteśmy źródłem kłopotu, że źródło leży na zewnątrz, poza nami. (…) „To nie Twoja wina” jest kojącym zwrotem, który w dodatku niesie w sobie wartość – kozła ofiarnego. Zdejmij ludziom z barków odpowiedzialność za ich czyny i problemy.”

Tak więc teraz mamy: to nie jej wina. Winne są duchy przeszłości. Winny jest mąż, ojciec, matka, wujek, dzieciństwo, kolor skóry, stres, presja i brutalny świat. Logicznym jest tym samym, że skoro otaczają Cię podstępni i źli ludzie we wrogim wszechświecie, czas się wzmocnić poprzez nałóg oraz zaburzanie swojej percepcji…

Wracamy do syndromu ofiary. Nic tak nie poprawia nam nastroju jak fakt, że to nie nasza wina. Nikt nie ma nad nami takiej władzy jak ci, którzy udowadniają nam, że to nie nasza wina. Jeśli chcesz kimś skutecznie manipulować – utwierdzaj ich, że wina leży na zewnątrz. Jeśli chcesz żeby przestali Cię lubić – powiedz im, że są sobie sami winni.

Te wszystkie materiały mediów o tym, jak to najnowszy świeży trup padł ofiarą czynników zewnętrznych tylko wzmacniają na poziomie podświadomym i tak masowe już przekonanie, że to inni kierują naszym losem. Że bycie ofiarą jest OK. Inni są winni. Inni mają o mnie zadbać. Jest przecież nawet coś takiego jak „zysk wtórny” – ofiary zostają otoczone troską, co sprawia, że są jeszcze bardziej słabe, ale za to czują się zauważone. Ktoś się o nie troszczy. A więc cierpienie ma sens…

A to wszystko gówno prawda. To Ty ponosisz odpowiedzialność. Nawet jeśli nie ponosisz odpowiedzialności za to, że zacząłeś (a ponosisz) to tylko i wyłącznie Ty ponosisz odpowiedzialność, za to, że to ciągniesz.

Że dostałeś w życiu kiepskie rozdanie? To je wzmocnij. Zmień je. Blefuj. Że zrobiłeś parę głupot? To się od nich odetnij. Jeśli jesteś w dołku – przestań wreszcie kopać. Klucze do zmiany osobistej są dwa – albo zmieniasz kontekst, albo zmieniasz środowisko.

Hipnoterapeuta Mark Cunningham opowiadał kiedyś historię jego ulubionej – i nie zamierzonej – metafory radzenia sobie z przeszłością. Bogaty facet postanowił brać udział w wyścigu ulicznym. Taki jak to bywają w Stanach – masz do przejechania kawał drogi, wygrywa ten kto na metę dotrze pierwszy. Jako, że chciał być pierwszy zamówił z fabryki Ferrari w Maranello jakąś dziko-szybką maszynę. Maszyna przypłynęła w kontenerze z Włoch  a razem z nią przypłynął wyścigowy kierowca fabryczny – po to, by facet nie zabił się już na pierwszych zakręcie. No więc trwa wypakowywanie Ferrari z kontenera, zdejmowanie folii ochronnych, lakier błyszczy w słońcu, samochód nówka-sztuka, wszyscy faceci w stanie ekscytacji.

Nagle – kierowca Ferrari łapie ręką za pięknie ukształtowane boczne, połyskujące czerwone lusterko – i urywa je! Facet w szoku. Nim zdążył się odezwać Włoch oderwał już drugie. Dwie dziury zioną z karoserii. Facet drze się: „Panie! Co Pan robisz! Czy Pan zwariował! Zapłaciłem za ten samochód 400 tysięcy $. Po coś Pan je urwał?!” Na co kierowca fabryczny patrzy mu prosto w oczy, uśmiecha się i mówi: „Co za nami – bez znaczenia.”

Tak więc kwestię przeszłości za sprawą kierowcy fabrycznego z Maranello uważam za omówioną. Czas na „złych ludzi” i „wrogi wszechświat”.

I zgadzam się z tym, że ludzie bywają źli. W końcu jesteśmy drapieżnikami jak by na to nie patrzeć. Dużo łatwiej jest być egoistą niż altruistą – a ludzie nie lubią się wysilać. Prawdą jest również, że toczą się miedzy nami gry – w których albo jesteś pionkiem (najczęściej) albo rozgrywającym. W końcu podczas zimnej wojny matematycy i fizycy rozpracowywali teorię gier do użytku politycznego.

Podstawowym polem takich egoistycznych gierek jest rodzina. Jak szachy – manipulowanie w celu osiągnięcia maksymalnej korzyści. Każdy zna każdego oraz jego mocne i słabe strony. Czas rozpocząć grę o wpływy. To dlatego – fakt mało znany – część żon odchodzi od alkoholików po tym, jak przestaną oni pić. Pytasz dlaczego i jaki w tym sens? Dawne metody manipulowania przestają na nich działać. Wpływy topnieją. Układ się rozpada.

A że wszechświat jest wrogi – jest. Trzeba się namęczyć, żeby coś osiągnąć.  Jak mawia Kekich:

„Łatwe życie to twarde życie – jeśli chcesz trudnego życia, zacznij żyć w miękki sposób. Życie działa odwrotnie do zasad entropii. Wszechświat jest wrogi życiu. Postęp to ciągły wysiłek płynięcia pod prąd.”

Największą władzę – nad sobą i nad innymi – mają ci, którzy potrafią odzierać rzeczywistość z pozorów. W ten sposób wynurzasz się z tego oceanu syndromu ofiary. To pozwala Ci zyskiwać możliwości wyboru. I nie bój się o chorobę dekompresyjną – im szybciej się wynurzysz, tym lepiej.

Rafał mazuR

Zostaw komentarz

2 Comments Syrenką Whitney przez morza i oceany

  1. I.H. 16 lutego 2012 at 14:34

    A jak Twoja dekompresja? Zmieniłeś kontekst czy środowisko?

    Reply
    1. Rafał Mazur 16 lutego 2012 at 14:52

      i to i to

      Rafał

      Reply

Leave A Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.